Bękarty wojny
Nie jestem fanem Quentina Tarantino, ale go doceniam. Na Death Proof wytrzymałem tylko pół godziny. Miałem w ręku pilota, a wtedy łatwiej o decyzję. Inne jego filmy obejrzałem w całości i z większą przyjemnością - nie korciło mnie tak bardzo, by przełączyć kanał. Na Bękarty wojny poszedłem do kina i zasadniczo jestem zdania, że film ten powinno się obejrzeć właśnie w kinie i to wcale nie za sprawą efektów specjalnych, tylko tego, co można by nazwać starą dobrą szkołą połączoną z talentem. Tarantino potrafi tak poprowadzić aktorów, by wycisnąć z nich wszystko. Dopracowany scenariusz i doskonałe aktorstwo sprawiają, że piętnastominutowa scena rozmowy wystarcza, by zbudować napięcie, na które Emmerich musiałby wydać milion dolarów. W sporej, jeśli nie przeważającej części filmów hollywoodzkich, po usunięciu efektów specjalnych zostałby biały ekran. W przypadku filmów Tarantino usunięcie efektów nie zaszkodziłoby filmowi w zauważalny sposób.
Tarantino jest też mistrzem smaczków i zabaw konwencjami. Poprawne ich dostrzeżenie i rozkodowanie to połowa przyjemności z oglądania Bękartów. Mnóstwo jest tu odniesień, świadomych i jawnych zapożyczeń. Z tego, co się orientuję, soundtrack w całości został skompilowany z muzyki, która już pojawiła się w filmach. Jej dobór również nie jest przypadkowy.
Bękarty Wojny to przede wszystkim rozpisana na kilka rozdziałów historia amerykańskiego oddziału żydowskich komandosów, którzy głęboko za linią frontu dokonują zemsty na nazistach i to zemsty na sposób indiański z jej krwawymi przejawami. Ważny jest też wątek młodej Żydówki, cudem ocalonej przed śmiercią z rąk hitlerowców, która to Żydówka chce wykorzystać nadarzającą się okazję do własnej zemsty. Jest barwna i moja ulubiona postać niemieckiego oficera, „Łowcy Żydów”, który zajmuje się… no, wiadomo czym. Nie zdradzę chyba wiele, jeśli powiem, że wątki łączą się w imponującym i zaskakującym finale.
Nie jest to film historyczny, nie pasuje mi nawet do kategorii filmu wojennego. Według mnie jest to czarna komedia, w której wydarzenia są tylko nieco mniej nieprawdopodobne niż w Kill Billu. To może to drażnić, ale jest do przełknięcia. Reszta filmu z nawiązką wynagradza szwankującą logikę. Z czystym sumieniem mogę polecić ten film właściwie każdemu, kto nie dostaje mdłości na widok krwi.
Udostepnij
September 28th, 2009 at 21:47
Co do soundtracku… Tarantino jest niepodważalnym mistrzem songtracków. Ma w tej dziedzinie wiele doświadczenia i obszerne archiwa, co w przypadku tego filmu właściwie uratowało ścieżkę dźwiękową :) Pierwotnie muzykę miał napisać sam Enio Morricone. Ponoć miał on jednak za bardzo napięty terminarz… szkoda. Mimo to w filmie pojawia się parę utworów Włocha, oczywiście napisanych wcześniej do innych filmów. Na uwagę zasługuje fakt, że Tarantino wybrał te mniej znane utwory, ale za to dobre utwory :) Jednak to nie to samo, co nowa, świeża partytura…
September 30th, 2009 at 16:32
Byłam, obejrzałam. Właśnie tego określenia - “czarna komedia” mi brakowało. Film był okrutny, krwawy i śmieszny. Prawda, dziwnie to brzmi, ale tak to wyglądało.
October 1st, 2009 at 22:31
Może to będzie uznane za profanację z mojej strony, zostanę spalona na stosie z taśmy celuloidowej, przeciśnięta przez płot za pomocą butli z gazem (jak w “Oszukać Przeznaczenie 4″ - największym gniocie, na jakim byłam kiedykolwiek w kinie) albo przestraszona w nocy przez Roberta “Kabaczka O Wklęsłej Twarzy” Pattinsona, ale “Bękarty wojny” są według mnie lepsze od wszystkiego, co w życiu widziałam o_O
Oglądając ten film miałam poważne problemy z utrzymaniem pęcherza w ryzach przez masę śmiechu (no dobra, tak głośno śmiałam się tylko ja na sali - ludzie chyba nie byli pewni, co do tego, czy w ogóle wypada się śmiać). Po obejrzeniu trailera “Inglorious Bastards” byłam przerażona, że będzie to coś pompatycznego, obyczajowego i z przesłaniem. Ale “Bękarty wojny” nie mają przesłania. Ewidentnie jednoznacznie nie mają. I dobrze!
Ostatnimi czasy przyjęło się, że dobry film musi mówić o narkomanach, pedofilach, eutanazji, wojnie w Afganistanie, deprecjonowanych homoseksualistach albo samotnych ojcach, którym nikt nie chce dać urlopu macierzyńskiego. A to tylko i wyłącznie dlatego, że od jakiegoś czasu Linklater, Tarantino, Lynch, Kubrick (z oczywistych powodów) czy Kusturica nie zrobili nic naprawdę głośnego i dobrego! Na afiszach wiszą “9″ - ładny film o tym, jak można w prosty sposób coś schrzanić i naprawić z pomocą przyjaciół (lub bez), “Galerianki” - przerażająca wizja Polskiej młodzieży, która według statystyk przecież wcale nie jest taka zła, a nawet można by zaryzykować stwierdzenie, że nieźle wykształcona, oczytana i ciekawa świata i “Weronika postanawia umrzeć” - ekranizacja powieści pseudofilozoficzno-pseudoreligijno-pseudoromantycznej znienawidzonego przeze mnie autora prozy obyczajowej dla pań w średnim wieku Paulo Coelho.
Generalizując - ostatnimi czasy oglądamy filmy, opowiadające o tym, jak dobro wygrywa ze złem, jak inni mają zrypane życie, bądź ewentualnie jak zatkać dziurę w budżecie 13-latki. To jest kino doby kryzysu. Ale ja nie przeżywam kryzysu! Ja nie mam problemów, a nawet jeśli, to rozwiązania nie będę szukać wśród hitów kinowych o zatrważająco wysokiej oglądalności. Chcę wartkiej akcji, krwistych dialogów, bohaterów, którzy rodzą intensywne emocje jednym mrugnięciem powieki, mistrzowskiej oprawy tego wszystkiego i Brada Pitta udającego, że umie mówić po włosku.