Diamentowy wiek
Lubię takie książki, gdzie stworzony świat jest nie tylko scenografią, ale i środowiskiem determinującym decyzje i losy bohaterów. W pierwszym momencie historia wydała mi się mocno doładowanym steampunkiem, a chwilę później byłem już skłonny powiedzieć, że jest to raczej cyberpunk. Cóż, ani to, ani to. Pary nie ma tu żadnej, może za wyjątkiem imbryków, w których wiktoriańscy bohaterowie parzą herbatę. Komputery są, ale opierają się na innej zasadzie działania – logice prętowej, mającej więcej wspólnego z nanomechaniką niż z elektroniką w naszym rozumieniu. Historia jest osadzona w niezbyt odległej przyszłości, w której technologia poszła w zupełnie innym kierunku, niż wydaje się iść dzisiaj. Kluczem do sukcesu jest opanowanie właśnie nanotechnologii, która w świecie Diamentowego Wieku jest wszechobecna i życia bez niej nikt sobie nie wyobraża. Chcesz się napić piwa? Nie musisz iść do sklepu, twój domowy KM (Kompilator Materii) zrobi je dla ciebie w kilka minut. Może zresztą zrobić znacznie więcej. Może stworzyć każdy przedmiot, którego zapragniesz, o ile do jego stworzenia nie będzie konieczne użycie rzadkich pierwiastków. Z pomocą nanotechnologii możesz nawet wybudować stupiętrowy dom. Nie zostaje już chyba nic, tylko żyć szczęśliwie i leżeć do góry wentylem!
Wizja Neala Stephensona jest jednak mało radosna. Świat jest podzielony miedzy wspólnoty-plemiona mające swoje enklawy-dzielnice we wszystkich większych miastach świata. Państwa praktycznie nie istnieją, korporacje nie mają aż takiej władzy, jak to się dziś prorokuje, a jedyną namiastką ładu światowego są siły Protokołu, pilnujące elementarnego wzajemnego poszanowania i zachowania status quo. Kluczowa jest przynależność do plemion, zwanych też gromadami. Neowiktorianie, o których z książki dowiemy się najwięcej, to prężne plemię opierające się na zasadach brytyjskich z czasów świetności imperium. Obowiązkowe są nienaganne maniery, konwenanse, i wszystko, co można by określić w miły sposób trzymaniem pionu, a w niemiły sztywniactwem. W świecie, gdzie główną siłą napędową zdaje się być chaos to jednak jest spora wartość. Tym brytolom-sztywniakom kibicujemy właśnie podczas lektury, bo są nam najbliżsi kulturowo. Z pewnością bliżsi od Chińczyków czy Nippończyków, czy nawet lturystów, jak zwie się pozaplemiennych ludzi, którym do niewyrafinowanej egzystencji wystarcza darmowa kompilacja materii.
To kolejny klasyk, którego lekturę od dłuższego czasu odkładałem na później. Gdy się wreszcie za niego wziąłem, dostałem mniej więcej to, czego się spodziewałem. Wizja Stephensona jest naprawdę wybitna i kompletna. W jego świecie nie ma dziur, czy niedopowiedzeń. Całość trzyma poziom i klimat. Akcja toczy się leniwie, ale to nie szkodzi, to nie jest powieść sensacyjna. Nawet sceny walki, które proszą się o dynamikę, opisane są jak partia szachów. Jest w tym jakiś zamysł, bo to świat, w którym pośpiech nie jest tak rozpaczliwy jak dziś. Między kontynentami nie latają jumbo-jety, tylko powolne statki przypominające sterowce. Zamiast telefonów komórkowych jest rodzaj powolnego e-maila, odczytywanego zresztą ze specjalnego sprytopapieru. Wiadomości pisze się ręcznie, piórem na tymże papierze, adresując również ręcznie. Dopiero transmisja odbywa się bezprzewodowo. Piękna alternatywna wizja dla businessmanów A.D. 2009, dla których za 30 sekund znaczy za późno.
Musi być jednak jakieś „ale”, którego się czepnę. Końcówka jest osobliwa, zupełnie nie przystająca do całości. Nie podobała mi się. Miałem wrażenie, że autor nie wiedział, jak zakończyć tak dobrą powieść, a chciał się już zająć czym innym, albo pchnąć to do wydawcy i jechać na wakacje, więc po prostu naprędce ściągnął wszystkie wątki i zawiązał w zgrzebny kulminacyjny supeł.
Pomijając ostatnie kilka stron, gorąco polecam – Neal Stephenson Diamentowy wiek, powieść uhonorowana nagrodą Hugo na 1996 rok.
Udostepnij
October 6th, 2009 at 0:12
Szczerze mówiąc do tej pory nie zetknąłem się z żadną powieścią Stephenson’a, ale po przeczytaniu Pańskiej recenzji ten tytuł właśnie wskoczył na moją listę książek do przeczytania i pewnie zostanie pochłonięty w czasie przerwy świątecznej ;)
October 6th, 2009 at 20:29
Stephenson jest jednym z moich ulubionych pisarzyl; jeszcze nigdy się na nim nie zawiodłem. Przeczytaj jeszcze “Zamieć”.
Co do końcówki, zgadzam się. Ogólnie mam wrażenie, że jedyne co można Stephensonowi zarzucić, to pewien brak umiejętności tworzenia scen dynamicznych. Najciekawszy jest, kiedy powoli opisuje, zagłębia się w szczegóły.
Inna sprawa, że “Cykl barokowy” pokazuje, że z książki na książkę coraz lepiej mu to wychodzi (znaczy pisanie scen akcyjnych).