Państwo vs. obywatel – 4:0 do przerwy
Kiedy idę coś załatwić do urzędu, to wiem z góry, że się nie uda. Przez ostatnie lata zmieniło się wiele, choćby to że urzędnicy przeważnie są mili, a większość informacji można znaleźć w internecie. Jednak już załatwić przez internet nie da się prawie niczego, nawet nie można pobrać banalnego druczku do wypełnienia. Procedury są prostsze, a przede wszystkim zniknęły gigantyczne kolejki. Jednak nadal jest tak, że petent od progu traktowany jest przez urząd jak podejrzany, który chce coś ukraść, nadużyć zaufania lub nakłamać. I ten petent musi udowodnić, że nie jest złodziejem, naciągaczem ani kłamczuchem. Urzędy są interfejsem łączącym obywatela z państwem, więc taki sam jest też generalny stosunek państwa do obywatela.
W dowodzie rejestracyjnym samochodu skończyły się rubryki na stempelki z corocznych przeglądów technicznych. O tym, że nie ma miejsca na kolejny stempelek dowiedziałem się podczas badania rok temu. Oczywiście mogłem to zauważyć wcześniej, ale rzadko czytuję dowód rejestracyjny. Dostałem zaświadczenie na oddzielnej kartce, którą włożyłem w dowód. Pan dodatkowo pouczył mnie, że muszę załatwić nowy dowód, żeby można było stemplować w tym dowodzie, a nie na karteczkach. W tym roku, gdy zbliżał się kolejny termin przeglądu, postanowiłem sprawę uporządkować. Task był prosty: wymienić dowód.
Nie, task nie był prosty. Oczywiście że nie. Gdyby był prosty, nie byłoby tematu. Na stronie internetowej urzędu znalazłem informację, co trzeba przygotować, ale po druczki już musiałem pojechać osobiście. Przygotowałem wszystko, sprawdziłem, czy wszystko mam, sprawdziłem jeszcze raz, czy wszystko mam, i pojechałem do urzędu. Oczywiście pojechałem z głębokim przeświadczeniem, że nic nie załatwię. Byłem tylko ciekaw sposobu, w jak urząd mnie spławi.
Na pierwszy problem natknąłem się już na wstępie. Na tablicach są naklejki autoryzacyjne, które też trzeba zmienić. Pani, która fizycznie ma te naklejki nakleić, nie może wyjść zza swojego biurka i przejść do zaparkowanego 20 metrów dalej samochodu. To petent musi jej te tablice podetknąć pod nos. Byłoby to proste, gdyby nie fakt, że tablice miałem przynitowane. Czemu? Już wyjaśniam.
Zdarza się, że źli ludzie kradną tablice, zostawiając przy nietkniętą tym resztę samochodu. Rzadko się to zdarza, ale się zdarza. I jest nieprzyjemne. Chodzi o czas i pieniądze stracone na wyrobienie nowych tablic w urzędach, na policji, w banku (jeśli ktoś ma kredyt), czy u ubezpieczyciela, ale nie tylko. Ważniejsze jest to, że numer rejestracyjny na zdjęciu z fotoradaru, czy nagraniu z TV przemysłowej jest dla sądu dowodem. Jeśli ktoś kradnie tablice, to zapewne w celu czasowego ich zamontowania na podobnym pojeździe, by zrobić nim coś, czego robić nie wolno. Jak wspomniałem zdarza się to rzadko, ale parę lat temu przytrafiło się mojemu kumplowi. Dlatego zamiast wkładać tablice w standardowe ramki, przynitowałem je do karoserii.
Demontaż takich tablic polega na rozwierceniu nitów, co skutecznie powstrzymuje złodziejaszków. Powstrzymało też mnie. Wobec braku wiertarki bezprzewodowej, nie pozostało mi nic innego, niż wrócić do domu. Państwo vs. obywatel 1:0.
Demontuję tablice, wkładam za szyby, żeby były widoczne, i jadę do urzędu, pchany niecierpliwością, co stanie się tym razem. Przedstawiam pani od naklejek nowe tablice i komplet dokumentów.
„Ale pan ma badania techniczne wstęplowane na kartce” – pani na to.
„Wiem, skończyły mi się rubryczki w dowodzie rejestracyjnym. Właśnie dlatego tu jestem. Po nowy dowód.”
„To zaświadczenie jest ważne przez miesiąc.”
„Nie, proszę spojrzeć na datę. Jest ważne przez rok. Został jeszcze prawie tydzień.”
„Badania techniczne, owszem, przez rok, ale zaświadczenie tylko przez miesiąc. Musi pan zrobić nowe badanie techniczne.”
„Przecież badanie techniczne jest ważne.”
„Ale zaświadczenie nie.”
Państwo vs. obywatel 2:0.
W drodze powrotnej za niemanie tablic zatrzymuje mnie policja.
Państwo vs. obywatel 3:0.
Jadę na badanie techniczne, tym razem pewny swego, bo samochód jest w pełni sprawny, a nawet odkurzony w środku. Nic z tego – podczas badania tablice muszą być przytwierdzone, a nie wetknięte za szybę. W sumie zrozumiałe, ale przecież na Boga Logiki, nie w tej sytuacji! Tłumaczenie nie skutkuje, a włożyć w ramki nie ma jak, bo nie ma ramek. Nitownicy też zwykle przy sobie nie noszę. Prawdopodobnie wystarczyłoby przykleić te tablice na czas badania na gumę do żucia. Ale chwilę wcześniej, bo w obecności pana mechanika, tak na bezczela, trochę się wstydzę.
Państwo vs. obywatel 4:0 do przerwy.
Osiemdziesiąt siwych włosów później, po przynitowaniu tablic i zrobieniu badania technicznego, znalazłem się w punkcie wyjścia. Kosztowało mnie to kilka godzin, kilka litrów benzyny i stówę za nadprogramowy przegląd. Oczywiście, że mogło być gorzej. Mogło być co najmniej 5:0. Policja mogła mi zholować auto bez numerów rejestracyjnych sprzed urzędu. Samochód musi mieć przymocowane tablice, nawet kiedy stoisz z nimi w kolejce do okienka.
Pointa będzie mocno liberalna. Prawda potwierdzona niezliczoną ilość razy mówi, że wszelkie monopole psują rynek. Monopol państwa nie jest żadnym wyjątkiem (przykład negatywny: Poczta Polska; przykład pozytywny: rynek ubezpieczeń). Gdyby dowody rejestracyjne były wydawane przez prywatne agencje, problem by nie istniał. Agent przyjeżdżałby do klienta i na miejscu, w dziesięć minut, załatwiał sprawę. Skoro jest to możliwe w innych dziedzinach (przykład pozytywny: rejestracja domen internetowych), czemu nie tu?
Udostepnij
June 1st, 2010 at 9:36
ojj… współczuję panu… naprawdę taki lajf… ale mam nadzieję, że wszystko się udało?
June 1st, 2010 at 10:15
Biurokracja ;/ Te wszystkie urzędasy, to zwykłe maszyny, które nie myślą, a jedyne ich zmartwienie, to żeby wszystkie tabelki się zgadzały. Z najprostszą rzeczą trzeba jeździć kilka razy. Tak samo było u mnie: kupiłem skuter i musiałem go przerejestrować na mnie, a skończyło mi się ubezpieczenie, więc mama wzięła i pojechała do urzędu. Okazało się, że do przerejestrowania potrzeba ubezpieczenia, a ubezpieczyć trzeba na stare tablica…
June 1st, 2010 at 12:09
Z biurokracja jest jak w tym przysłowiu: “jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.
Jak ktoś ma takie nastawienie że i tak nic nie załatwi, to pewnie tak się właśnie skończy.
Akurat 2 tygodnie temu sam wymieniałem dowód rejestracyjny z tego samego powodu. w moim przypadku sytuacja zamknęła się w 1 godzinie.
5 minut na wydrukowanie druków z internetu, 10 na wypełnienie ich w domu, 40 minut na złożenie wniosku o wymianę dowodu rej. oraz 5 minut na odbiór nowego dowodu po 10 dniach. Cóż ja zakładałem że nie będzie żadnego problemu, i tak właśnie było.
p.s. na zaświadczeniu pisało wyraźnie że jest ono ważne miesiąc. Jeżeli jednak ktoś lub łamać prawo i jeździć bez ważnego dowodu rejestracyjnego to brawo.
June 1st, 2010 at 12:45
Nie podejrzewałem, że ktoś wymyśli coś tak głupiego, iż badania są ważne rok, a zaświadczenie o nich miesiąc. Tym bardziej, że wydrukowana wielkimi cyframi była data ważności rok. Co się niby zmienia w strukturze papieru tego zaświadczenia, że się przeterminowuje szybciej niż to, o czym zaświadcza? To tak, jakby konserwa miała termin przydatności rok, a puszka tylko miesiąc.
Wiem, próbuję stosować logikę do paragrafów, a tam jej nie ma. Niestety człowiek zawsze szuka logiki na swojej płaszczyźnie. Prawnicy, którzy wespół z politykami tworzą prawo, rozumują w inny sposób, niż nie-prawnicy. Tworzą zasady, które puszczone w ruch mają dać na wyjściu jakiś konkretny efekt. Przeciętny człowiek myśli zdroworozsądkowo, czyli jak osiągnąć konkretny cel. Nie myśli o tym, jak jakieś procedury mają działać nad jego głową, szkodząc mu przy tym.
Nawet sobie nie zdajesz sprawy, ile razy łamiesz prawo nieświadomie.
June 1st, 2010 at 23:00
Ma Pan rację. Przy tworzeniu przepisów nie myśli się o tym, czy są logiczne. A w tym przypadku ważne, że samochód jest sprawny. Nie przestanie być sprawny po miesiącu, więc z tą datą przydatności tej kartki to bzdura. Logiczne, że to powinien być rok.
June 2nd, 2010 at 0:43
To wszystko, a nie nastawienie przed wejściem powoduje, że kupując samochód w Niemczech czułem się jakbym był w jakiejś Nibylandii, czy innej krainie miodem i mlekiem płynącej. Rola Państwa ograniczona do w miarę sensownego minimum, konkurencja przy produkcji tablic, że o takim drobiazgu jak parking przed urzędem nie wspomnę.
June 2nd, 2010 at 1:54
O parkingu nie napisałem, ale to też jest charakterystyczne. Przed urzędem jest parking na kilkadziesiąt samochodów, ale dostępu do niego broni szlaban otwierany na pilot. Parkują tam przyjeżdżający do pracy urzędnicy. Dla petentów zostają obstawione doniczkami chodniki i przycupywanie na chwilę na porozstawianych wszędzie dookoła zakazach parkowania.
I nie jest to wydział komunikacji upchnięty gdzieś kątem w starym bloku. Mówimy o ratuszu postawionym kilka lat temu od zera z myślą o tej właśnie funkcji.
June 2nd, 2010 at 8:28
Przykład z domenami jest chybiony, bo tu panuje taki sam monopol - w Polsce jest to NASK. Dla dobra obrotu handlowego wprowadził możliwość “obrotu hurtowego” domenami (ma to związek z techniką ich parkowania czyli rejestracji na serwerze) - w ten sposób nie jesteś w rzeczywistości dzierżawcą swojej domeny, a jedynie klientem-najemcą dzierżawcy. Jak widać poniżej, rafalkosik.com nie ma nic wspólnego z Rafałem Kosikiem, ani z jego firmą.
WHOIS information for rafalkosik.com :
Whois Server Version 2.0
Domain names in the .com and .net domains can now be registered
with many different competing registrars. Go to http://www.internic.net
for detailed information.
Domain Name: RAFALKOSIK.COM
Registrar: REGISTER.COM, INC.
Whois Server: whois.register.com
Referral URL: http://www.register.com
Name Server: KEIRA.ETOP.PL
Name Server: SYBILLA.ETOP.PL
Status: clientTransferProhibited
Updated Date: 26-jul-2009
Creation Date: 25-sep-2002
Expiration Date: 25-sep-2014
June 2nd, 2010 at 9:56
Wiem, że NASK trzyma na tym łapę. Zresztą to dobrze. We wspomnianej koncepcji urząd nadal miałby bazę danych numerów rejestracyjnych, ale całą biurokrację załatwiałoby się przez agencje. Te wydawałaby dowody i numery z puli przyznanej im przez urząd.
June 2nd, 2010 at 15:26
Termin ważności zaświadczenia… Jakim idiotą( bez obrazy) trzeba być by coś takiego wymyślić. Przecież to wysoce nielogiczne. Wiem, wiem, nie ma być logiczne, ma działać. Ale ja i tak uważam, że prawo powinno pomagać obywatelom, a nie tylko wysyłać ich po kolejne malutkie zaświadczenie, że samochód ma 2 lata i 2 dni, a nie 2 lata i 3 dni…
June 2nd, 2010 at 17:56
Być może nie bez znaczenia jest fakt, że nowy dowód rej. plus opłaty poboczne kosztuje też koło stówy. Sens miesięcznego terminu zaświadczenia w zamyśle ma więc spowodować, że obywatel o 11 miesięcy wcześniej wpłaci owe 100 PLN od skarbu państwa.
Tak sobie gdybam…