Pimp my bike
Chciałem dać synowi pod choinkę (oczywiście za pośrednictwem firmy kurierskiej Stanta Claus inc.) moje stare pióro wieczne. Pióro jest nawet mało używane, po prostu niewygodnie mi się nim pisało, bo skuwka ma tendencję do zsuwania się przy kaligrafowaniu zamaszystych ogonków. Jasiek wcale nie zatyka skuwki z drugiej strony, więc ta niedogodność by go nie dotyczyła. Okazało się jednak, że nie mieści się to w nowej świeckiej tradycji prezentowej. Prezent ma być nowy, pachnący jeszcze fabryką i spoconymi rączkami chińskich dzieci.
Przed świętami wydajemy najwięcej kasy na prezenty, których obdarowani być może ani razu nie użyją. Dlaczego tak się dzieje? Otóż komercja bardzo wcześnie zagarnęła ten obszar naszego życia. Wbito nam do głów, że nie wypada dać używanego przedmiotu. W dobrym tonie jest wywalić kasę na rzecz nową, choćby i gorszą, choćby i bez sensowną. Wyznacznikiem naszego drobnomieszczańskiego (lub małomiasteczkowego) szacunku dla obdarowywanej osoby jest suma wydana na prezent. OK, starczy że będzie wyglądał na drogi. Ja osobiście wolę dostać prezent fajny (może być używany) i sprofilowany pode mnie. Jego wartość nie ma większego znaczenia.
Dałem odpór temu trendowi, tam gdzie mogę, czyli na własnym, najwłaśniejszym terenie. Zamiast kupić sobie nowy rower, postanowiłem wyremontować stary. Przez lata używałem Treka 820, który okazał się bardzo trwałą maszyną. Przez ponad 5 tys. kilometrów, często po mało przyjaznym terenie, nie zaliczył żadnej awarii (nie licząc przebitych opon). Wszystko jednak się zużywa, a obręcze nie dadzą się prostować w nieskończoność. Nowy rower tej samej klasy kosztowałby jakieś 3 tys. PLN. To jednak dużo, a nabycia shitu z hipermarketu nawet nie rozpatrywałem. Za mniej niż połowę tej sumy wyremontowałem więc stary rower. Wymieniłem tylko to, co trzeba było wymienić, został nawet dzwonek. Sam zrobiłem to, co mogłem, np. polakierowałem ramę na czarny mat. Dopiero gdy przyszło do zaplatania szprych i obręczy, outsource’owałem tę usługę u specjalisty.
Wiem, że technika poszła naprzód i moja rama waży o 30% więcej od współczesnych, wiem, że jest gorzej wyprofilowana i ma jeszcze parę wad. Jest jednak solidna, co udowodniła wielokrotnie, no i zwyczajnie ją lubię. Szczerze mówiąc, nie rozumiem ludzi, którzy obsesyjnie odchudzają rower, pozbawiając go lampek, błotników, dzwonków etc. Poszedłem w przeciwną stronę. Założyłem mocne felgi i najgrubsze opony, jakie tylko udało się wcisnąć w tę ramę. Opory toczenia są większe, ale nie muszę się martwić o dziury na drodze. Pozostawiłem hamulce szczękowe, bo są dostatecznie mocne nawet w deszczu. Wymieniłem za to amortyzator na Rock Shox Dart 3 - nie uprawiam down hillu, więc do jazdy po schodach i na miejskie murki taki wystarczy.
Za mniej niż 1500 PLN mam więc nowy rower i satysfakcję przeciwstawienia się trendowi.
Udostepnij



December 16th, 2009 at 15:05
Jak z samochodami: stary model można remontować dużo razy i będzie działać,
a nowe auta mają max. 10 lat jazd, a potem koniec…
December 16th, 2009 at 17:38
Ja naprzykład posiadam rometa z 85 roku i nie chciałbym go wymienić na żadnego plastikowego skuterka
nie boi się że paski syn wejdzie na pana strone i nie będzie niespodzianki?
December 17th, 2009 at 17:27
fritz Ma rację…
December 17th, 2009 at 19:26
Pan Kosik to ten rower raczej dla siebie odpimpował. Pomysł fajny, a maszyna widać solidna, skoro można na niej nadal jeździć. :)
December 18th, 2009 at 17:02
kiedy go pan pimpną? zdjęcia są z lata
December 18th, 2009 at 17:56
Pimpnąłem na wiosnę. Temat mi się przypomniał przy okazji prezentów.
December 18th, 2009 at 18:53
Tzw. kontrast. :)
Stary, ale jary - więcej nie trzeba.
December 18th, 2009 at 23:12
“Szczerze mówiąc, nie rozumiem ludzi, którzy obsesyjnie odchudzają rower, pozbawiając go lampek, błotników, dzwonków etc. ”
Ludzie odchudzają rowery z błotników, bagażników i dzwonków, ponieważ uprawiają kolarstwo, a nie tylko jeżdżą rekreacyjnie… ;)
I kiedy są na trasie wyścigu, to każde dodatkowe pół kilo osłabia wynik - po rower jest cięższy, trudniej podjechać pod górę, jedzie się wolniej, przeciwnik łatwiej dogania.
Tak się składa, że bliska mi osoba dość intensywnie trenuje od paru lat i wiem, że na trasie maratonu czy wyścigu górskiego ciężki rower jest równoznaczny z gorszym wynikiem i oddaniem miejsca na podium. Jeśli więc ktoś lubi startować - odchudza sprzęt. To dość naturalne… ;)
December 19th, 2009 at 1:07
Ej, to akurat rozumiem - rower do zawodów to co innego. Jednak są ludzie, którzy odchudzają rower do jazdy na co dzień. Zakładają nawet tak cienkie opony, że trzęsie ich na ścieżkach rowerowych (bo te są zwykle z kostki) i jeżdżą po ulicy, w dodatku metr od krawędzi, żeby studzienki omijać. Szlag człowieka trafia w samochodzie, jak trzech taki musi wyprzedzać na odcinku kilku kilometrów, a niektórych po kilka razy, bo pod każdymi światłami ładują się na początek.
Znając punkt widzenia pieszego, rowerzysty i kierowcy, wypracowałem sobie metodę jazdy na rowerze, by nie bruździć pozostałym dwóm grupom. Grube opony to jeden z elementów :) To samo zresztą staram się robić, kiedy akurat należę do którejś z pozostałych grup.
Jeszcze w kwestii słowotwórczej, bo chyba powstał właśnie polski czasownik od angielskiego „pimp”, który zresztą oficjalnie znaczy coś zupełnie innego. Wersja „odpimpować” wydaje mi się właściwsza, bo „pimpnąć” to można szklankę z colą, wrzucając doń plasterek cytryny, albo rower naklejką z pokemonem. Ja włożyłem w ten rower nieco pracy i „odpimpować” brzmi dla mnie jakoś tak dostojniej.
December 19th, 2009 at 13:56
Panie Rafale, jazda rowerem po chodnika węższym niż 2 metry jest niedozwolona. Czasami po prostu trzeba jechać drogą. :)
December 19th, 2009 at 14:04
odpimpować… :) Nie lubię jeżdżących ulicą, tym bardziej, jeśli obok mają ścieżkę rowerową(!!!). Faktycznie nie wolno, dostałem kiedyś mandat. OK gdyby nie to, że następnego dnia podczas jazdy ulicą policjant podjechał i mówi, że mam iść na chodnik bo długo nie pożyje… no cóż nie kłóciłem się :)
Poza tym, nie dość, że hamują ruch, to jeszcze niebezpiecznie. Widziałem rowerzystę wyrzuconego na skrzyżowaniu w powietrze na kilka metrów. Coś takiego zostaje w pamięci, więc jak mogę to unikam ulic, ale jeszcze zostają do ominięcia piesi… :/
A co do odchudzania to faktycznie: jest moda, żeby rower do codziennej jazdy był jak najlżejszy. Błotniki podobno są brzydkie(?!). Nie rozumiem tego. Po przejechaniu przez błoto… :)robi się średnia jazda… :)
December 19th, 2009 at 14:04
ten mandat za jazdę chodnikiem… :)
December 19th, 2009 at 14:47
A nie można po prostu po polsku, odpicować? ;p
I jeszcze w sprawie opon - grube opony są do kolarstwa górskiego, cienkie - do szosowego ;)
Inna sprawa, że polskie drogi/ścieżki rowerowe mogą wymagać grubych - jak ktoś pójdzie do sklepu rowerowego i powie, że chce rower tylko na szosę, dostanie szosowe, czyli cienkie. Dopiero doświadczenia własne mogą go nauczyć, że nie zawsze sprawdza się to w praktyce.
December 19th, 2009 at 17:46
Tesska, ja wiem to wszystko o rowerach. Przynajmniej na poziomie podstawowym;) Kupiłem opony na piach i kamienie, bo środowisko miejskie to nie tor kolarski. A odpicowanie kojarzy mi się bardziej z wyczyszczeniem, więc jest bliżej pimpnięcia, nie odpimpowania.
Rowerzyści na chodniku są zagrożeniem dla pieszych, to jasne. Tu też wychodzi ludzka bezmyślność, jak się slalomuje między ludźmi z dużą prędkością. Tacy rowerzyści zapewne zakładają, że piesi poruszają się po liniach prostych. Jak widzę takiego, sam mam chęć niby przypadkiem machnąć torbą, że niby pokazuję komuś kierunek. Oczywiście tego nie robię.
Sam nie jeżdżę po ulicach, z wyjątkiem bocznych o małym natężeniu ruchu. Jak nie ma ścieżki, jadę chodnikiem ale w tempie niewiele szybszym od pieszych, więc zagrożenia raczej nie stwarzam. No i wolę dostać mandat niż spotkać się z autobusem.
December 19th, 2009 at 23:21
Rafale, skoro wiesz to wszystko, to nie wiem, skąd Twoje zdziwienie, że masz na drogach cienkie opony i odchudzane rowery… ;)
Przy czym ja sama zniechęciłam się do jazdy na rowerze parę lat temu. Chodnikami nie jeżdżę, bo piesi, a że chodniki w małym mieście nie zawsze grzeszą szerokością, to czasem np. rowerzysta z wózkiem dziecięcym się nie minie, więc musiałabym wjechać nagle na szosę - zapewne komuś pod koła. A zbyt wielu kierowców jeździ jak szaleńcy, dla których traktowanie rowerzysty jak równorzędnego uczestnika ruchu jest nie do pomyślenia. Ścieżek rowerowych oczywiście jak na lekarstwo, a jak już jakaś jest, zwykle urywa się po 500 metrach. Najdłuższa w moim mieście ciągnie się… wzdłuż deptaka. Czyli pieszych i tak by się nie potrąciło, a samochód żaden nie wjedzie. Chyba do ozdoby tam służy.
Efekt taki, że zamiast cieszyć się jazdą, miałam duszę na ramieniu, czy ktoś we mnie nie wjedzie i po jakimś czasie podziękowałam. Zwłaszcza, że moja towarzyszka wyjazdów przeniosła się na starty w wyścigach i maratonach, więc i tempo, i odległości stały się ponad moje możliwości… ;)
December 20th, 2009 at 0:20
Stąd, że bezsensowne jest odchudzanie roweru dla szpanu i bezcelowo…
W mieście nie wszędzie można się dostać rowerem, tak by sprawiło to przyjemność, ale jak się zna okolice to nie ma problemów chyb :)
December 20th, 2009 at 0:20
chyba*
December 20th, 2009 at 20:03
Dziebak, ludzie robia masę bezsensownych rzeczy, a odchudzanie rowerów jeszcze da sie zniesc, bo przynajmniej nikomu nie szkodzi…
December 20th, 2009 at 22:14
Ale chyba mogę to skomentować? :)
O kurde! Pana rower nie ma błotników! Jak pan jeździ na tym w terenie??? :)
December 20th, 2009 at 22:49
Z przodu jest błotnik przyczepiony na ramie, a tylny muszę dokupić. Staty po odpimpowaniu roweru nie dał się założyć.
December 22nd, 2009 at 16:56
odchudzanie roweru ma sens sam trenuję kolarstwo górskie więc mam troszkę doświadczenia w temacie (jest różnica między jazdą na salowych 18 kilogramach a 9 kilogramach karbonowych:P) a odnośnie opon długa jazda po asfalcie wymaga cieniutkich opon najlepiej całego roweru szosowego….
a te 5 tys kilometrów robił pan ile lat?
December 22nd, 2009 at 16:56
a i jeszcze jak się sprawuje panu ten DART?
December 23rd, 2009 at 4:46
Nie jeżdżę ostatnio zbyt intensywnie. 4 tysiące zrobiłem w trzy lata, a ostatni tysiąc… też w 3 lata. Spadł mi trochę przebieg, jak towarzystwo do jeżdżenia się wykruszyło. W najbliższy sezon mam plan reaktywacji i chcę przejechać z półtora tysiąca. Głównie po terenie leśnym i piachu.
A Rock Shox Dart 3 sprawuje się nieźle, choć o jego trwałości mogę powiedzieć tylko tyle, że na razie wytrzymał jakieś 350 km po mieście i w lekkim terenie. Ponieważ nie jeżdżę ulicami, więc amorek zaliczył sporo krawężników. Kilka razy były murki i schody. Zdarzyło mi się parę razy dobić do końca. Ogólnie jestem zadowolony. Regulacja twardości, wstępnego naprężenia i blokada skoku pozwalają go doskonale dostosować do własnych potrzeb. Kupiłbym go jeszcze raz.
December 24th, 2009 at 9:32
dziękuję za info
ja w tym roku dopiero zacząłem zabawę w MTB więc nie narobiłem dużego przebiegu… znajomi z klubu robią ok 7-10 tys km rocznie:P
January 4th, 2010 at 21:33
Ja w kwestii językowej - zgłaszam propozycję translatorsko-purystyczną: przyalfonsić :-)))
January 5th, 2010 at 2:19
To by trzeba przemalować na złoto.
January 5th, 2010 at 23:59
I ubrać w ornaty?! :>
February 23rd, 2010 at 15:39
Co to jest Rock Shox Dart 3?