Sherlock Holmes
To nie jest prawdziwy Sherlock Holmes, tylko neurotyczny ninja o tym samym imieniu i nazwisku. Jeśli ktoś lubi stare filmy Guya Ritchie’ego (ja lubię) to tu się srodze zawiedzie. Szczątkowa fabuła została podporządkowana widowiskowej akcji i durnemu hollywoodzkiemu humorowi dla plebsu. Złożona zagadka kryminalna, podstawa pierwowzoru książkowego, jest tu banalna i sprowadzona do schematu: nikt nie wie, o co chodzi, dopóki nie przemówi sam Holmes.
Nadużywane jest (nie tylko w tej ekranizacji zresztą) przeciwstawianie genialnego detektywa niekompetentnemu idiocie inspektorowi Lestrade. Mamy więc co chwilę policję, pojawiającą się po fakcie, i wszystkowiedzącego detektywa, który wzorem dr. House’a jest arogantem i flejtuchem. A to po to, by powstała oryginalna, atrakcyjna interpretacja Holmesa. Czy trzeba wywrócić pierwowzór bohatera na lewą stronę, by stworzyć coś nowego? Czy każdy mit popkultury trzeba spłycać, by pasował do współczesnych realiów i dyktatu prostackich gustów? Nie wiem, może trzeba.
Fabuła prawie nie istnieje, a postacie nie rozsypują się tylko dzięki dobremu aktorstwu. Logicznie by się to nawet obroniło, ale ten wątek o odzyskiwaniu kolonii w Ameryce Północnej i ten antagonista spod znaku „znalazłem cudowny kapeć i od teraz będę rządził światem”. No przepraszam, do tego nie wystarczy „black” w nazwisku, krzywy ząb i płaszcz z wiosennej kolekcji Gestapo.
Wizualnie bezbłędne, fabularnie denne, politycznie poprawne. Główny bohater, prócz tego że jest neurotycznym ninja, pozostaje znanym z kart powieści Arthura Conan Doyla bystrzachą, a nawet nadbystrzachą. Przenikliwość Holmesa każe mu np., po pobieżnych oględzinach przesadnie skomplikowanej maszyny w podziemiach parlamentu, stwierdzić, że oto ma do czynienia z pierwszą na świecie bronią chemiczną. Mało prawdopodobne, by 6 sierpnia 1945 roku o godzinie 8:15 najgenialniejszy z mieszkańców Hiroshimy, widząc jasny błysk na niebie pomyślał „O kurde, pierwsza na świecie bomba atomowa!”.
Film jak film. Ogląda się z przyjemnością, ale po Guyu Ritchie’m naprawdę spodziewałem się więcej. Mimo wszystko, jeśli nie szukamy intelektualnych uniesień, Sherlock Holmes jest wart obejrzenia.
Udostepnij
February 11th, 2010 at 11:43
Hm… z tą maszyną w podziemiach parlamentu to skojarzyło mi się z jednym z odcinków “Columbo”, w którym porucznik dowodzi, że morderca był na miejscu zbrodni na podstawie kawałka sera. “A czy poznaje pan… to? (Tu podtyka podejrzanemu pod nos torebkę plastikową z ugryzionym kawałeczkiem sera) Przyznaje się pan, że żuje pan ser, prawda?… Otóż ślady zębów na tym! kawałku sera idealnie pasują do pańskiego zgryzu, ma pan, jak widzę, lekko wyszczerbioną lewą jedynkę… (Wciąż macha torebką plastikową pod nosem podejrzanego) Tak więc oskarżam pana o morderstwo na takim a takim człowieku!”
A “Sherlock Holmes” mi się nie podobał. Może jestem dziwna, ale filmy z taką ilością bijatyki po prostu mnie nudzą.
February 11th, 2010 at 23:42
Kwiiik! Przez ten cały warsawtrip jestem do tyłu z czytaniem blogów autorów.
@ Rafał K.
Zauważyłam pewną analogię - kiedy Tobie film się podoba, mnie on kręcił najprawdopodobniej nie będzie i odwrotnie. Tak było z “Avatarem” i ze “Źródłem” i z “Pozwólcie im wejść”. Tak jest też z moim cudnym, rozklejającym, wprawiającym w przesyconą zawiścią niechęć do Rachel McAdams “Sherlockiem Holmesem”. Jestem bezgranicznie zakochana w muzyce z tego filmu, w głównym bohaterze (Nierozgarnięty Facet W Średnim Wieku Z Zamiłowaniem Do Środków Odurzających O Niepoprawnie Chłopięcym Wdzięku… nioch, nioch!), w klimacie Londynu, w niesztucznie zabawnych i świetnie zagranych (choć, jak sam twierdzisz, niekoniecznie błyskotliwie dowcipnych) stosunkach Holmesa z Watsonem. I ewidentnie Guy Ritchie mnie nie zawiódł, a nawet przerósł me wszelkie oczekiwania, bo nie pokładałam w nim wielkich nadziei (za to wielkie i spełnione nadzieje pokładałam w Robercie Downey’u Juniorze).
February 12th, 2010 at 19:17
Gdyby odjąć dobre aktorstwo (Downey i Law) oraz dobrą scenografię, nic by w tym filmie nie zostało.
February 13th, 2010 at 20:23
Gdyby ten film oceniać w skali 1/10 to jaką dostałby ocenę?
February 13th, 2010 at 20:25
Na stronie głównej w kategorii Linki Zewnętrzne jest link do Encyklopedii FNiN. W adresie zamiast ,,pl” jest ,,p”.
February 14th, 2010 at 3:54
Dzięki, poprawione :)
March 17th, 2010 at 19:33
Wolę starego Holmesa. Ale ten też nie jest zły. A aktorstwo jak dla mnie genialne i w pewnym momencie się bałam, że to będzie związane z siłami nadprzyrodzonymi. Uff. A ja zawsze uwielbiałam serial z Jeremym…był najlepszym Scherlockiem, a dziś przeczytałam Psa Baskervillów (wolę film) :D.
PS. A jak ktoś chce grać Aurelię albo Paulę lub Zosię, to musi mówić rolę Niki? Chodzi o jutrzejszy casting lub ten w Poznaniu. Bo ja się nie nadaję na Nikę … nie wyglądam jak ona i wgl.
July 12th, 2010 at 13:46
Ach, Holmes, Holmes… Od niedawna jestem w nim zakochana po uszy ;) Co do filmu mam różne odczucia. Jak Pan wspomniał gra aktorska i scenografia wraz z efektami specjalnymi były na najwyższym poziomie. Z resztą było marniutko ale muszę przyznać, że film obejrzałam z przyjemnością. Byłam wtedy po lekturze dwóch powieści i kilkunastu opowiadań. Skończyłam właśnie pracę nad przedstawieniem (spektaklem tego nazwać nie można) na podstawie “Pracownika biura maklerskiego”, do którego wcześniej napisałam scenariusz. Byłam zauroczona Sherlockiem, a film był dla mnie czymś nowym. Nie widziałam wcześniejszych ekranizacji Holmesa. Nie interesowałam się tym - wolałam fantastykę. Film zrobił na mnie ogólnie pozytywne wrażenie. Taki miły, lekki i przyjemny.
Ale literatury do filmu nie ma nawet ci porównywać ;)