Vertical - Wypawa szaleńców
publikacja Science Fiction F&H 8 (czerwiec 2006)
(fragment)
To opowiadanie rozgrywa się w świecie powieści Vertical.
Maroon, 16 dzień podróży. Wszędzie wygląda to tak samo: liny, uporządkowane w rzędy co 120 stopni, tworzą na planie siatkę sześciokątów plastra miodu. Tu, nad oceanem, porządek gubi się często, ale powraca niespodziewanie co jakiś czas. Przypuszczam, że pod wodą muszą znajdować się skały, spinające liny. Czasem widzimy skały na niebie – zawieszone odłamki różnej wielkości, niekiedy płaskie i dość duże, by ktoś mógł na nich żyć. Przez ostatnie lata sami żyliśmy na czymś takim, żłobiąc korytarze w poszukiwaniu surowców, na cienkiej warstwie gleby z wierzchu sadząc ziemniaki.
To stało się w nocy. Obudził nas szum wody opływającej liny znacznie szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Dwa okręty wpadły na nie. Słyszałem chrzęst łamanych rei, jakby pękały tuż obok mnie. Zerwałem się na równe nogi. Skryptomat upadł na deski pokładu. Nie mogłem poznać, które to okręty, było za ciemno. Pokład wypełnił się tupotem i nerwowym nawoływaniem. Pospiesznie zapalano latarnie. Nicolai, nasz kapitan, wypadł ze swojej kajuty i w kilka sekund zaprowadził porządek.
– Podnieść żagle! Do skrętu w lewo!
Fale spłaszczyły się, rozciągnięte prądem wody. To już nie było zwykłe żeglowanie, ani nie mogły to być zwykłe manewry. Statek zaczął się bujać, targany podwodnymi prądami, huk narastał. Widziałem błyszczącą odbiciami gwiazd, zawijającą płynnie w dół powierzchnię wody. Jak brzeg wielkiego, przepełnionego naczynia. Przypomniałem sobie legendę o krańcu świata, sprowadzającą się do prostych słów: popłyniesz za daleko, spadniesz. Zacząłem się bać.
Wokół mnie uwijali się ludzie, próbując naciągać jedne liny, a luzować inne. Musiałem wyglądać rozpaczliwie, półleżąc, półsiedząc, ze wzrokiem wbitym w ten niespodziewany horyzont zdarzeń. „Nokian” właśnie go przekraczał. Próbowali uczepić się liny wertykalnej, ale obróciło ich. Nikt z nas nie był doświadczonym żeglarzem, a z całą pewnością nie istniał żeglarz doświadczony w pływaniu między linami. Niewiele widzieliśmy, ale jasnym było, że woda przyspiesza, by zaraz spaść w dół.
Włożyłem mój skryptomat do torby i zawinąłem szczelnie. Rzuciłem się, żeby pomagać przy linach.
– Svyturys! – zawołał Nicolai. – Zejdź na bok, złap się czegoś i zacznij modlitwę.
Zrobiłem, co kazał. Dla własnego bezpieczeństwa na okręcie lepiej słuchać rozkazów. Nie modliłem się jednak, bo nie miałem do kogo. Potencjalny adresat modlitw przestał, zdaje się, istnieć wraz z naszym światem, jakieś piętnaście lat temu.
Udostepnij
January 30th, 2007 at 16:04
Opowiadanie pamiętam. Jedno z lepszych, jakie ostatnio poszło w SFF&H. Szczerze to podobało mi się nawet bardziej niż książka.